ciotka-krzak-w-radio-bajka-o-afryceCałkiem niedawno pojawiłyśmy się w Radio Bajka. W zasadzie na antenie zawisłam tylko ja, bo Lilka była za szybą wgapiona w komórkę (tak, dzieci...
ugali-i-african-chai-jako-podstawa-tradycyjnej-diety-polskiej6 kg ugali przywiezionego w plecaku z Kenii znika w zastraszającym tempie. W zasadzie zostało tylko 2,5. Ze strachem myślę o chwili, gdy zobaczę pustkę na...
mniej-znaczy-wiecejPowidoków afrykańskich czas nastał. -"Wiesz, teraz mam nową zasadę - mniej znaczy więcej- jest świetna"- oświadczyłam radośnie koledze, który po Afryce...
afrykanski-wieczor-u-nas-w-miasteczkuKochani, jeśli macie chęć pozażywać afrykańskiego klimatu- wpadajcie do Grójca 21.02.2015. Wraz z Alą Kamasą podzielimy się naszymi afrykańskimi...
wloczykij-i-wloczace-sie-myWybieramy się z naszą afrykańską opowieścią na Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij (nieopodal Szczecina) Będziemy się wgapiać w slajdowiska...
zimowa-wiosnaDzieje się bardzo wiele, w życiu, w przyrodzie. Jest bardzo aktywnie, szalenie aktywnie, mimo, że na stronie tego nie widać. Bardzo przepraszam, ale coś...
dac-dziecku-patyk-a-raczej-pozwolic-by-samo-sobie-wzieloTak często zapominamy o tym, co jest najfajniejsze. Mogłabym powiedzieć najbardziej rozwojowe, stymulujące największe obszary mózgowe. Mogłabym tu użyć...
stalo-sie-co-sie-mialo-stacW zasadzie to było do przewidzenia, ale sądziłam, że raczej stanie się w czasach domu z kominkiem a nie teraz. mamy koniec stycznia, a ja w pełni...
droga-doCzasem nasze życie przestaje wyglądać tak, jak tego pragnęliśmy. Czasem nigdy tak nie wyglądało. Czasem zastanawiamy się czy oby na pewno droga, którą...
pobite-gary-czyli-co-robic-jesieniaPrzyznam się do czegoś strasznego. Przez długi weekend (bo w piątek sobie zrobiłyśmy wolne) nie zrobiłam absolutnie niczego pożytecznego (no dobrze,...

Ugali i african chai jako podstawa tradycyjnej diety polskiej

6 kg ugali przywiezionego w plecaku z Kenii znika w zastraszającym tempie. W zasadzie zostało tylko 2,5. Ze strachem myślę o chwili, gdy zobaczę pustkę na dnie torebki nr 3. No dobra, prawda okazała się mniej dramatyczna niż sądziłam, bo oswojona Hiszpanka oświeciła nas, że w Hiszpanii jest coś typu biała mąka kukurydziana i nazywa się maizena (choć mam wrażenie, że to po prostu skrobia kuku), Hari masa albo jakoś. A wujek google powiedział, że można to kupić w Polsce. Juuuhuuu. Przetestujemy i może jakoś dożyjemy powrotu do Afryki. A póki co raczymy ugali i sukumawiki naszych gości i same siebie. Nie, nie nudzi się.

Ugali to fundament, podstawa i korzeń wszystkiego. Przynajmniej w Afryce. Chyba całej Afryce, tylko czasem nazywa się inaczej: posho, sembe, sima i nie wiem jak jeszcze. Powstaje z mąki. A mąka powstaje z białej, pastewnej kukurydzy.

Czemu białej? Bo taką mają, ale wróbelek się różni, bo ugali nie ma tego kukurydzianego smaku, w odróżnieniu od żółtej mąki kuku. Chociaż z żółtej mąki też się da przygotować ugali, nie jest może tak doskonałe, ale zjeźć się da, nawet ze smakiem.

W Kenii ugali je się codziennie albo dwa razy dziennie (mówiłam przecież, że to podstawa). Natomiast niewielu turystów (a pewnie wielu podróżników) raczy się pochylić nad kenijską kuchnią.

W pierwszym naszym noclegowisku w Nairobi (jako, że klepnęłam je przez internet, musiało być 'z myślą o turystach') w menu baru występowały: frytki, hamburgery, ryby, kurczaki. Patrzę raz, patrzę drugi, a nawet trzeci. No i nie widzę niczego, co mogłoby choćby udawać afrykańskie. Pytam zatem grzecznie: 'Co wy ugali nie macie?'

"Ugali?" - tu pan wybuchnął perlistym (czy jak to się ładnie w książkach pisze) śmiechem i powiedział:

"Ugali? Jes łi hef, bat for staf onli". No tak, ugali je tylko obsługa kampingu... a ja mogę? No to pan znów swoje hahaahahaha. Przecież mzungu nie jedzą ugali. Ale obiecał załatwić na lunch. Gdy dostałyśmy swoje ugali, zleciał się cały staf kuchenny, żeby popatrzeć jak je jemy. Przyznam, że to było dość paskudne. Mąka kukurydziana oczywiście bez smaku (gotuje się ją bez soli), smak zwykle zapewnia sukuma wiki, ale tym razem nawet sukuma wiki było bez smaku. I pewnie gdyby nie mój wrodzony upór poddałabym się za pierwszym razem, stwierdzając, że to może i jest jadalne, ale tylko dla Africans. Drugie ugali za to powaliło mnie na kolana, było cóż... przyprawione. A teraz podejrzewam, że i tak 1/4 miłości to ugali to miłość do Afryki. 

Ugali to tak zwane danie w 5 minut, po prostu zagotowuje się mąkę w wodzie i już. 

A sukuma wiki? No właśnie, zwykle w zestawie z ugali podaje się zielone coś, czasem jakiś sos jeszcze. To zielone coś, to kolejny korzeń, na którym wyrasta Afryka. Dzień za dniem Kenijczycy wcinają sukuma wiki od przynajmniej 2000 lat. A my właśnie odkryliśmy 'amerykę' czy też Afrykę, nastąpił wielki BOOM 'jedzcie jarmuż bo jest taaaaaaaaki zdrowy'.

No jest, jest. Afryka na to już wpadła. Dawno. To samo dotyczy glutenu zresztą (mąka kuku uber alles). Otóż sukuma wiki, czyli kale to forma jarmużu, tylko mniej pofałdowana niż ten dostępny u nas. Taaaa dam! Klękajcie narody przed mądrością Afryki (albo Grecji jeszcze wcześniej). 

Sukuma wiki kroi się w cieniusieńkie paseczki (bez użycia deski do krojenia), dusi się z cebulą, czosnkiem, przyprawami i dodaje pokrojone w drobną kostkę (znów bez deski) pomidory. Całość dusi się i dusi aż zostanie uduszone. 

I jeszcze jest mchicha- kolejne świeże odkrycie Europy- amarantus. I znów klękajcie, bo tam to jedzą od dawna (asante Aztekowie). Przygotowuje się jak sukuma wiki tylko z liści amarantusa (zgadnijcie co zacznę siać masowo wiosną w ogródku).

A jeśli podajemy ugali i sukuma wiki, po posiłku należy zaserwować African Chai. Ze względu na fakt, iż produktów odzwierzęcych nie spożywamy, nie dane mi było kosztowanie chaiu a Kenii. Ale zainwestowałam w pokaźny zapas afrykańskiej herbaty i herbacianych przypraw (kardamon, imbir, cynamon, pieprz, goździki- typowe składniki masala tea) i mogłam poszaleć już w domu. I poszalałam i popadłam w herbaciane uzależnienie. 

Technika jedzenia jest szczególna, zacznijmy od pozbycia się sztućców i sztućco stereotypów. Jemy łapkami. Prawą ręką urywamy kawałek ugali, lepimy z niego kulkę- jedną ręką, i ów kulką zagarniamy sukuma wiki przytrzymując palcem- i do paszczy. Zwykle ugali je się ze wspólnej michy, a sukumę każdy ma własną. 

Przepisy by się pewnie przydały... 

Ugali

-szklanka wody 

-szklanka mąki kukurydzianej

-szczypta soli (wg Kenijczyków to zbrodnia, ale kurczę naprawdę wiele zmienia, prztestujcie obie opcje)

 

Wodę doprowadzamy do wrzenia, zmniejszamy 'gaz' i wsypujemy mąkę bardzo intensywnie mieszając aż zacznie przywierać do gara. Wtedy kuchenkę wyłączamy, przerzucamy ugali do naczynia o atrakcyjnym kształcie i przykrywamy na 5-10 minut. Przed podaniem (metodą babka z piasku) przerzucamy na talerz. Gotowe.

 

Sukuma wiki

-paczka jarmużu

-średnia cebula

-3 ząbki czosnku

-pieprz, sól, odrobina curry i papryki w proszku (dwa ostatnie to moja inwencja)

-2 średnie pomidory

 

Cebulę i czosnek drobno siekamy i podsmażamy/szklimy/dusimy. Jarmuż kroimy w paseczki (tu znów jestem zbrodnicielem bo używam blendera, do cebuli też) i dusimy razem z cebulą dolewając nieco wody. Pomidory kroimy w kostkę i dusimy całość. 

African Chai

-1 szklanka mleka sojowego

-1 szklanka wody

-3 łyżeczki afrykańskiej czarnej herbaty

-1 łyżeczka przypraw do masala tea

-3 łyżeczki cukru albo więcej albo mniej

Zagotowujemy wodę z mlekiem, do gotującej wsypujemy herbatę, przyprawy i cukier. Gotujemy przez chwilę razem, odstawiamy na 5 minut, przecedzamy i rozkoszujemy się smakiem.

 

 

 

I jakoś mija nam dzień za dniem z nutką afrykańskiego aromatu. 

Mniej znaczy więcej

Powidoków afrykańskich czas nastał.

-"Wiesz, teraz mam nową zasadę - mniej znaczy więcej- jest świetna"- oświadczyłam radośnie koledze, który po Afryce odwiedził nas, by sprawdzić czy żyjemy.

-"Świetnie, ale co to znaczy?" - trzeźwo zapytał (wtedy chyba jeszcze butelka z winem była zamknięta)

-"No jak to? Że kupuję mniej rzeczy, ale za to drogie" :D 

Nie do końca o to mi chodziło, wyszło jak zwykle. Ale fakt faktem, że Afryka nauczyła mnie pogłębionego minimalizmu (przed Erą Afryki też byłam zdania, że rzeczy nas przytłaczają, a jakże, ale teraz to CZUJĘ).

Powidoki materialistyczne:

-zaraz po nasłaniu księży na Afrykę, drugą perfidną rzeczą jaką biały człowiek zrobił czarnemu człowiekowi, jest nasłanie plastiku. Ton plastiku walających się po ulicach. Zupełnie niepotrzebnego. (Nie wiem ile lat minie jeszcze zanim rząd Kenii wpadnie na pomysł utylizacji śmieci, co  w sumie nie było potrzebne przed erą plastiku). Jak pojawiły się plastikowe torebki, dzieci zaczęły robić z nich piłki, ale do jasnej anielki, ile można mieć piłek!?

-kolejne kuku- dary dla biednych dzieci z Afryki. A wsadźcie sobie w nosy, drogie organizacje charytatywne, czapki narciarskie i kurtki puchowe. Rozwalacie im odporność. 

Wróciłam do Polski i pomyślałam z obrzydzeniem o zakupach. Po co? Po co mi tyle rzeczy? (kto mnie zna, ten wie, że moja garderoba ogranicza się do dżinsów i t-shirtów, a zestaw butów to trampki i pseudoglany, no dobra i porządne sandały, które wystarczają na jakieś 7 lat). A i tak to co mam, to zdecydowanie zbyt wiele (wyobrażam sobie te pięknie puste szafy... ach).

Jedynie nie hamuję się w książkowym temacie, bo wiadomo, jak się ma ładne książki w salonie, to wszyscy goście myślą, że jest się intelekturalnie rozwiniętym, nieprawdaż? (w związku z dewizą 'mniej znaczy więcej' trzeciego dnia po powrocie wydałam 400 zł na ebayu, kupując książki o drzewach, płazach, gadach, ptakach, ssakach, wildlifach, historiach i językach Afryki Wschodniej).

Dygresje mnie kiedyś wykończą. Wróćmy do: 'Po co? Po co mi tyle rzeczy?'

Nie, nie wejdę do sklepu z pierdołami do domku (zwanymi sklepami z wyposażeniem wnętrz), bo to tylko pierdoły do domku. Do jedzenia od miesiąca kupuję jarmuż (z biedronki :)), kilka warzyw i chleb - po co więcej? (i wyjadam zapasy szafkowe, bo przecież się kiedyś przeterminują). W ogóle na myśl o wejściu do jakiegokolwiek sklepu wzdryga mnie nieprzyjemnie.

Zrobiłyśmy przegląd szafy Lilki i wszystkich zabawek- 2 wielkie wory zrobiły wyjazd (tzn sprzedamy je na szczytny cel- czyli nową wyprawę). Wkrótce przegląd mojej szafy. Tylko te cholerne książki zajmują coraz więcej miejsca...

Pamiętacie jak pakowałam się? Z przerażeniem myślałam o tym, jak zmieścić rzeczy dla dwóch osób (ze śpiworami włącznie i butami trekkingowymi) w 70-litrowy plecak. Otóż- noł problem. Mało tego, w zacnym plecaku były ciuchy, które nie dostąpiły zaszczytu bycia użytymi. Ba! I jakbym za rok wybierała się tylko do Kenii, z całą pewnością odpuściłabym śpiwory na rzecz trzech prześcieradełek albo zastosowała kombinację: jeden śpiwór i prześcierdełko. Z pewnością możnaby ograniczyć ilość 'elektroniki' i tych wszystkich kabli i wtyczek. Buty trekkingowe? Po co? Jakoś ten spacer do hali odlotów i z hali przylotów można odbyć w sandałkach - choćby w śniegu. I już kilka kg mniej. Za to wzięłabym odrobinę proszku do prania, bo dopranie białej koszulki utytłanej w czerwonej ziemi, samym tylko mydłem jest nierealne. 

I to nie jest syndrom 'ojeeeej biedne dzieci w Afryce głodują, będę się z nimi solidaryzować i wyrzucę moje wszystie torby od Versace (błahaha)'.

Wręcz przeciwnie. Te 'biedne' dzieci w Afryce, to najszczęśliwsze dzieci, jakie dane mi było poznać. Te biedne rodziny to szczęśliwe rodziny- na swój specyficzny sposób. Tych dzieci nie ograniczają telefony, komputery i klocki lego. Nie są przytłoczone tonami przedmiotów, nie dostają materialnego substytutu miłości. Wszystko we mnie wrze jak czytam/słyszę, że ci ludzie z wiosek, z domków z błota NICZEGO nie mają, że są biedni. A kupa-prawda! Oni mają wszystko! 

Mają idealne, ekologiczne domy, zbudowane w technologii opracowywanej przez tysiące lat. Taniej, dostępnej, zdrowej. To domy chłodne za dnia i doskonale trzymające ciepło nocą. 

Ale nie! Organizacje charytatywne pokażą jak się buduje domy z pustaków, bo jak to tak można mieszkać w domku z gówna?

Tylko, że na domek z kupy wydaje się 100 KSH, a na domek z pustaków ile?

No i oczywiście my w Polsce już wiemy, że domy z gliny są super i powstał cały wielki biznes domków-z-gliny-ekologicznych-a-jakże. A mój osobisty tato po II Wojnie własnymi gołymi łapkami wybudował sobie gustowną lepiankę- za darmo (tatuś szlachetny rocznik 1921- serio)! Ale teraz nikt nie pozwoli nam wybudować domku za darmo, bo PKB musi się kręcić.
No i to samo kuku, które zrobili nam (pustaki i żelbet) robimy teraz im. Za 50 lat zauważą 'o kurde, ktoś nas w trąbę zrobił, domki z kupy były lepsze' - ale wtedy już na rynku będą istniały firmy, które profesjonalnie zbudują ekologiczne i bardzo drogie domki z kupy. Hooo hoooo.

wioska afrykańska

Tak, oni mają wszystko. Mają kukurydzę rosnącą za chatką z gliny, mają warzywniak, mają poletko jarmużu i amarantusa, mają własne źródełko 300 metrów od wioski, poletko trzciny cukrowej i dwie krowy i trzy kozy. Są samowystarczalni. A jak potrzebują kasy na lekarstwa, to mają turystów, którzy czasem wynajmą domek za taką kasę, za którą cała rodzina może tam żyć przez pół roku (gdyby tylko jeszcze umieli tę kasę odłożyć miast wydawać od razu na colę i piwo alboco).

Co prawda porzucili swoje tradycyjne ciuszki i muszą bazować na tych z darów (i bazarków z mejdinczajna). A szkoda, bo to jakby nie patrzeć, uzależnienie się od kogoś z zewnątrz. Ale chodzą w nich, dopóki ów ciuszki nie znikną (ciuszek jest ciuszkiem wtedy, kiedy ma kawałek choćby rękawa, reszta może nie istnieć). No i dziedziczą je po sobie, włącznie z dziedziczeniem spódnic. Niezależnie od płci. I tak Kevin biega z innymi chłopcami w swojej spódnicy tuż za kolanko. Nikogo to nie dziwi, nikt nie wytyka go palcem i nikt się z niego nie śmieje. Po prostu Kevin ma dwie starsze siostry i normalnym jest, że nosi ciuchy po nich. Jedyną osobą, która miała z tym 'problem' byłam ja. Mój mózg nie mógł połączyć stereotypu 'w spódnicach chodzą dziewczynki'' z faktem 'to jest chłopiec'. 

I nie, nie mówię, że tam nie ma biedy. Jest- w kołchozach, czyli wioskach i miasteczkach utworzonych na potrzeby przemysłu, jak choćby kołchowioski wokół Naivasha Lake zbudowane wokół plantacji róż. Tam ludzie żyją ściśnięci wzdłuż ulic pokrytych śmieciami, w budach zmontowanych z byle czego.

 

Mniej znaczy więcej. Nie chcę kupować bzdur dla kupowania, nie chcę gromadzić rzeczy, które natychmiast po postawieniu na półce tracą swoją wartość. Nie chcę wydawać pieniędzy, za które kupię bilet do Afryki, a może do Azji.

Już wkrótce.

 

 

 

Dać dziecku patyk, a raczej pozwolić by samo sobie wzięło

Tak często zapominamy o tym, co jest najfajniejsze. Mogłabym powiedzieć najbardziej rozwojowe, stymulujące największe obszary mózgowe.

Mogłabym tu użyć wielu nazw niesamowitych technik.

Ale jak tak spojrzymy na całą tę infrastrukturę trenującą umysł, to dojdziemy do wniosku, jakże prostego i oczywistego, że Naj Naj Naj są te czynności, która NAS/DZIECI bawią najbardziej, które wciągają i wkręcają.

Zatem może zamiast inwestować tysiące w super, jedyne w swoim rodzaju, edukacyjne przedmioty, spójrzmy na swoje dziecko i (jakież to oklepane) podążajmy za nim.

Dajmy mu patyk. No dobra, może być kamyk.

A najlepiej pójdźmy z nim do lasu, usiądźmy pod drzewem i poczekajmy. Niech sobie ten przysłowiowy patyk znajdzie samo.

 

I jak eksperyment? Udał się? Zawsze się udaje, niezależnie od reakcji dziecka (no chyba, że z wrzaskiem i histerią ucieknie z hasłem: 'paaaaająąąąk!' na ustach).

 

Moje dziecko nauczyło mnie w lesie siedzieć. A to szalenie ważna umiejętność, zwłaszcza dla przyrodnika.

Ba, nauczyło mnie, że wtedy mam zdecydowanie większą szansę zobaczyć coś ciekawego. Mam manię przemieszczania się, nerwica nóg czy coś jeszcze gorszego :) W każdym razie początkowo zmuszałam Li do spacerowania i dziwiłam się, czemu ona tego nie lubi. Jak można nie lubić spacerów w lesie?

Wyobrażacie sobie? Gardzić taką wspaniałością... phi.

A potem wynalazłam pikniki. No dobra, jestem skłonna przyznać, że nie byłam jednak osobą, która pierwsza wpadła na pomysł piknikowania... niech będzie.

Pikniki działały jak przynęta, idziemy do lasu, rozłożymy kocyk i będziemy miło spędzać czas zajadając smakołyki. Co ciekawe- ta przynęta zadziałała rewelacyjnie. Spacery leśne stały się frajdą dla nas obu.

A ja dzięki temu wysiadywaniu na kocyku nauczyłam się przyglądać, słuchać i czekać. Dojrzałam chyba (rychło w czas).

 

Teraz- jako, że jest zima - jednak spacerujemy, a piknikowanie jest w wersji super szybkiej. Ale bez termosu, kanapek czy ciasta ani rusz.

Ale... teraz moje, całkiem już duże, dziecko znajduje sobie zajęcie w ciągu jakiś pięciu sekund od przekroczenia 'drzwi do lasu'.

A większa leżąca kłoda to już z godzina spokoju, a raczej owocnej pracy. Wiecie czym może być taka kłoda? Huśtawką, skałą, jaskinią, rakietą, statkiem, pojazdem. Może być też po prostu kłodą po której da się wspinać, w której mieszka mnóstwo leśnego drobiazgu, którą obrastają mchy, porosty, paprotniki. I wreszcie z której można spaść na miękkie mszyste lub śnieżne poduchy. [ Znacie cudną książeczkę 'Not a box'- Li często w sklepie pyta 'mamo, mogę wziąć sobie not-a-box?' ]

Czyż nie jest to rewelacyjne?

W zasadzie wcale nie powinniśmy DAWAĆ dziecku patyka, raczej nie powinniśmy mu przeszkadzać w wybieraniu go.

Bierne obserwowanie jest czasem o wiele ciekawsze niż usilne kreowanie rzeczywistości dziecka i poddawanie mu setek pomysłów. Przecież ONO z pewnością ma kilka własnych.

 

A zima? Większość z nas się boi zimy, bo nie dość, że zimno, że mokro, to jeszcze cały świat powlekają tony wirusów i krwiożerczych bakterii, które tylko czekają aby pojmać nasze subtelne dzieciaki.

A co jeśli zmarznie taki mały człowiek? Albo go przewieje? Albo bucik przemoknie?

Przypomnę nieśmiało, że przeważnie choruje się dzięki wirusom i bakteriom ewentualnie. A tych jest zdecydowanie mniej na dworze niż w mieszkaniu/przedszkolu/szkole. Jak do tego dołożymy bakteriobójcze/uodparniające/jonizujące właściwości lasu- mamy już odpowiedź. Śnieg, nie śnieg - do lasu!

Ach i jeszcze śmiech- śmiech to zdrowie, a czy jest coś równie zabawnego jak tarzanie się w śniegu?

Wspinanie się, kopanie łapkami, grzebanie patykami. Tak, to jest ciekawe, twórcze, a do tego edukacyjne :)

 

Po prostu dajmy dzieciom spokój czasem.

 

 

 

Zimową wiosną

Dzieje się bardzo wiele, w życiu, w przyrodzie.

Jest bardzo aktywnie, szalenie aktywnie, mimo, że na stronie tego nie widać.

Bardzo przepraszam, ale coś kosztem czegoś.

 

Dziś wreszcie pierwszy luźniejszy dzień od bardzo dawna, siedzę przy stole, a za oknem sikoreczka nadaje. O tej porze tylko ona, ale o świcie i zmierzchu mamy to ogromne koncerty.

 

Otóż przeprowadziłam się w nieco bardziej wiejskie okolice niż blok osiedlowy i mam takich gości, jakich się - zwłaszcza w takiej liczbie - nie spodziewałam.

Było tu stadko szczygłów, gili, jemiołuszek, teraz szaleję drozdy, kwiczoły, dzwońce, makolągwy, szpaki, kosy, wróble, mazurki, o sikorach nie wspomnę, kawkach i gawronach czy ziębach. Kaczki i czaple przelatują nad naszymi głowami i tak dalej i tak dalej.

Obstawiam też czeczotkę sztuk 1, ale jako, że małpa siedziała nieco pod słońce, nie dam sobie głowy uciąć.

A to moja ulubiona trasa od grudnia do teraz:

Stało się, co się miało stać

W zasadzie to było do przewidzenia, ale sądziłam, że raczej stanie się w czasach domu z kominkiem a nie teraz.

mamy koniec stycznia, a ja w pełni świadomi mogę powiedzieć, że uwielbiam tę zimę.

Co jest dla mnie mocno szokujące, zwłaszcza, że od września miałam pulsującego doła spowodowanego nieuchronnym nadejściem zimy.

Zima nadeszła, trwa, a ja jestem nią zachwycona. Mimo, że mam problemy z wyjeżdżaniem z parkingu, że wychodzenie z psem nie jest przyjemne, że skrobię samochód, a do pracy jadę 2 razy dłużej.

 

Zima jest po prostu obezwładniająco piękna. A najbardziej smutne jest to, że ci z miasta nie mają o tym zielonego pojęcia, bo zima w mieście jest paskudna, bleh.

Ale jak tylko wjedzie się w boczne, małe, wiejskie uliczki (i nie zakopie się w śniegu) można zobaczyć zimę prawdziwą, piękną, dumną i niezwykle potrzebną przyrodzie.

No i przyrodę widać, jak nigdy - tropy kochani, tropy :)

To ja skończę gadać i pokażę Wam moje widoczki dzisiejsze- w drodze do pracy

 

a to przecież tylko nudne, płaskie Mazowsze :)