ciotka-krzak-w-radio-bajka-o-afryceCałkiem niedawno pojawiłyśmy się w Radio Bajka. W zasadzie na antenie zawisłam tylko ja, bo Lilka była za szybą wgapiona w komórkę (tak, dzieci...
ugali-i-african-chai-jako-podstawa-tradycyjnej-diety-polskiej6 kg ugali przywiezionego w plecaku z Kenii znika w zastraszającym tempie. W zasadzie zostało tylko 2,5. Ze strachem myślę o chwili, gdy zobaczę pustkę na...
mniej-znaczy-wiecejPowidoków afrykańskich czas nastał. -"Wiesz, teraz mam nową zasadę - mniej znaczy więcej- jest świetna"- oświadczyłam radośnie koledze, który po Afryce...
afrykanski-wieczor-u-nas-w-miasteczkuKochani, jeśli macie chęć pozażywać afrykańskiego klimatu- wpadajcie do Grójca 21.02.2015. Wraz z Alą Kamasą podzielimy się naszymi afrykańskimi...
wloczykij-i-wloczace-sie-myWybieramy się z naszą afrykańską opowieścią na Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij (nieopodal Szczecina) Będziemy się wgapiać w slajdowiska...
zimowa-wiosnaDzieje się bardzo wiele, w życiu, w przyrodzie. Jest bardzo aktywnie, szalenie aktywnie, mimo, że na stronie tego nie widać. Bardzo przepraszam, ale coś...
dac-dziecku-patyk-a-raczej-pozwolic-by-samo-sobie-wzieloTak często zapominamy o tym, co jest najfajniejsze. Mogłabym powiedzieć najbardziej rozwojowe, stymulujące największe obszary mózgowe. Mogłabym tu użyć...
stalo-sie-co-sie-mialo-stacW zasadzie to było do przewidzenia, ale sądziłam, że raczej stanie się w czasach domu z kominkiem a nie teraz. mamy koniec stycznia, a ja w pełni...
droga-doCzasem nasze życie przestaje wyglądać tak, jak tego pragnęliśmy. Czasem nigdy tak nie wyglądało. Czasem zastanawiamy się czy oby na pewno droga, którą...
pobite-gary-czyli-co-robic-jesieniaPrzyznam się do czegoś strasznego. Przez długi weekend (bo w piątek sobie zrobiłyśmy wolne) nie zrobiłam absolutnie niczego pożytecznego (no dobrze,...

Wroclove - vege turystyka

Cóż... nasze wizyty w większych miastach zaczynają przypominać turystykę kulinarną... Zaraz po przyjeździe (albo i przed) zaczynamy się czaić na wegańskie knajpki, byle tylko pożreć coś, czego nie przygotowywałam własnoręcznie (uwielbiam gotować, ale ile można!? :)).

W te wakacje wywiało nas do Wrocławia w przelocie w góry. Tak rzadko odwiedzamy zachód kraju... A tyle jeszcze zostało nam do zobaczenia.

Wrocław- jedno z dwóch moich ulubionych dużych miast Polski (kto zgadnie jak nazywa się drugie?) obfituje w miejsca przyjazne roślinożercom. Zwykle udaję się do Vegi, tym razem zapytałam grzecznie w hostelu, w którym miałyśmy przyjemność mieszkać.

Złe Mięso

A no właśnie, bo hostele też są veganfriendly - i do takiego trafiłyśmy. Bemma Hostel - samo centrum, obsługa pierwszorzędna, hostel bardzo przyjemny, dostałyśmy bardzo wygodny pokój w rozsądnej cenie no i wsparcie :)

W ciągu 5 minut dostałam cały stos informacji o tym 'co gdzie kiedy'.

I tym sposobem kolacyjną porą trafiłyśmy do knajpki o wdzięczne nazwie 'Złe Mięso'. Liczyłyśmy na pyszne burgery w klimacie tych z Krowarzywa, ale niestety, bułki się skończyły, falafele były- zupełnie dobre z pysznymi sosikami i frytki (jak ja nie cierpię frytek). Spożywczo nie padłyśmy na kolana, za to cała aura - klasa. Oby więcej takich miejsc! Miałyśmy jeszcze dziką chęć na ciacho z Vegi, ale okazało się, że Vegę o 19:00 zamykają o zgrozo!.

Obeszłyśmy się smakiem. Najciężej zniosłam brak kawki latte na sojowym. Ale nic straconego, rano ruszamy do niezwykłego sklepu-kawiarni wegedzieciakowej znajomej- sklep nazywa się Świnki Trzy, jest uroczy i przede wszystkim ma dużo dobrego. Z tego dużo dobrego wybrałyśmy trochę dobrego zaopatrując się we wszystkie rzeczy zbędne i niezbędne podczas górskich wypraw. No i wypiłam kawkę w doborowym towarzystwie.

A to nie koniec (cóż, kochamy jedzenie) w drodze powrotnej postanowiłyśmy zboczyć z trasy i znów zahaczyć Wrocław by się wreszcie najeść po tygodniu jedzenia kanapek i kanapek i ... kanapek. Tym razem wybór padł na dobrze znaną Vegę.

Li zamówiła ruskie pierogi (pyyycha), ja kotlet z kaszy z kaszą :P (też pycha) i jeszcze torcik (mmmm), a Lilka dość paskudny deser jaglany. No i moją ukochaną kawkę. Pełnia szczęścia, warto było stać w korku bardzo długo i gubić się w mieście jeszcze dłużej.

 

A to krótka historia o tym, czemu się gubiłyśmy. W GPS-ie chciałam wklepać adres Świnek Trzech, zrobić małe zakupy i tam zostawić autko, żeby się nie plątać nim po centrum.

Świnki są na Krasińskiego, ale oczywiście wklepałam Krasickiego. W końcu dojechałam na jakąś malutką uliczkę gdzieś przy działkach. Coś mnie tknęło. No to wpisałam Krasińskiego. W końcu trafiłyśmy... i w drugą stronę też. A potem to już długa prosta i dom, domek, domeczek. Uf.

Do przetestowania zostali nam przede wszystkim Najadacze. Następnym razem.

Wrocławski Ogród Botaniczny zasługuje na osobny artykuł, który znajduje się TU.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lubelszczyzna

Za oknem zima, a ja wrzucam relację z naszej ostatniej jesiennej wyprawy.

Na Lubelszczyznę. Wybierałam się od bardzo dawna, ale wiecie jak jest, im bliżej, tym trudniej.

Mam tam swoje wtyki :), zatem grzech nie skorzystać.

Poza tym moje radio samochodowe rok temu wylądowało na Lubelszczyźnie (doprawdy dziwnym zbiegiem okoliczności) i należało je odebrać (ile można śpiewać acapella za kierownicą? Zwłaszcza jeśli się kompletnie nie potrafi tego robić...).

 

Kierunek Puławy na początek. A po drodze jest coś, o czym ciągle słyszę, co widzę na facebooku moich młodych studentów. Co pcha się do mojego świata drzwiami i oknami. No nie, trzeba to odwiedzić.

 

Mowa o Farmie Iluzji. Codziennie autokary całe z Mazowsza i Lubelszczyzny zjeżdżają się tam. Spodziewać się należało jakiś niezwykłych atrakcji zatem.

 

Jechałyśmy, jechałyśmy (a trasa ciekawa, bo wzdłuż Wisły) aż dojechałyśmy. Las, las, las i szczere pole. Parking znaczy. Hmmm, tak to musi być ciekawe.

Strona internetowa aż tryska pomysłami. Tu atrakcja, tam atrakcja, a tam i tam jeszcze pięć, a tu dwadzieścia trzy.

Początek całkiem niezły - kran zawieszony w powietrzu z cieknącą wodą.

Dobra, Latająca Chata Tajemnic. No faktycznie krzywy domek jest intrygujący, zwłaszcza, że w środku błędnik kompletnie wariuje.

Wszystko do zwiedzania oczywiście, oglądania, dodatkowych funkcji brak.

Zobaczyłyśmy, chodzimy, szukamy, co by tu dalej zobaczyć, a tu... NIC. Jeszcze oczko wodne z plażą- piaskownicą, plac zabaw, dmuchane zabawki, labirynt. Ale to tak naprawdę nic szczególnego. A i sala luster- sztuk kilka- luster, a nie sal.

I cena:

dorosły: 21 zł

dziecko: 16 zł

Rozumiem, dopiero się otworzyli, to wymaga ogromnych inwestycji, ale ale... byłam nieco zdegustowana. Bo za tę kwotę spędzamy dzień w Koperniku.

A największym fenomenem farmy są stada zadowolonych dzieci- a przecież o to chodzi. W sumie to dzieciaki do szczęścia wiele nie potrzebują.

 

Farma Iluzji

Zwiedzanie farmy zajęło nam 1,5 godziny. I pomyśleć, że te 1,5 godziny mogłyśmy się szlajać po jakiś krzakach... ehhh ten owczy pęd.

 

Sobota kręciła się wokół stawów hodowlanych, niestety tego dnia nie byliśmy pierwsi. Pierwsi byli moi ulubieni myśliwi, spacerowali z martwymi ptakami uwieszonymi u pasków (to coś do wieszania zwłok na nawet swoją nazwę, ale jakoś zawsze zapominam). W każdym razie wystraszyli, co wrażliwsze ptaszory i nie było szału w temacie ornitologicznym.

Co oczywiście nie oznacza, że nie było ptaków wcale, trochę sobie popatrzyłyśmy :) Kszyki były... i czajki jakieś... i biegusy zmienne i nie pamiętam już. Ano kaczki jeszcze- cyranki i krzyżówki chyba tylko. Czy coś pominęłam?

Patrzę patrzę i widzę, że coś w błocie siedzi, koloru czapli, tylko małe. Co to?

Ano czaple- zastrzelone przez hodowców ryb (żeby nie było, że uwzięłam się na biednych myśliwych) i do połowy zanurzone w błocie.

Kolejne stawy, kolejne martwe czaple, tym razem białe...

Przy czym czapla siwa jest pod ochroną częściową (Dz. U. Nr 237, poz. 1419) i zezwolenie do jej odstrzału można uzyskać od regionalnego dyrektora RDOŚ ((Dz. U. z 2009 r. Nr 151, poz. 1220 ze zm.).

Czapla biała nie może podlegać odstrzałowi.

 

Ale to tylko słowa, słowa, słowa, bo prawda jest taka, że strzelają do czego chcą. Prawo jest - martwe prawo.

A poniżej jaśnie kleszcz - dorodny, prawda? Skrzydło czapli, których leżało tam bardzo wiele. A na dole październikowy bocian- gapa.

stawy hodowlane lubelszczyzna

 

Niedziela - padło na komercję totalną. Cieszę się, bo udało mi się wreszcie odwiedzić Kazimierz, a zbierałam się dość długo.

Pogoda, kolory, miejsca... no i kawa latte na sojowym plus wegańskie ciasto- marzenie mmmm ( w Faktorii).

Chociaż ci ludzie i handlarze wciskający kit na każdym kroku - to nie dla mnie. Tłoczno, niezbyt kulturalnie, bardzo komercyjnie. takie duże fuj odczuwam. Ale cóż, okolice piękne, a co piękne przyciąga ludzi, a ludzie przyciągają kolejnych i stąd bierze się tłum. A tłum mnie odstrasza.

 

No dobrze, ale spróbuję sobie wizualizować Kazimierz bez tłumu. O jak pięknie od razu się zrobiło!

Poza kawą i ciastem było muzeum. Ładne dość. I nawet ciekawe, chociaż obsługa jakoś tak ... odstręczała, ale późno było, nie ma co się dziwić.

 

W muzeum zachwycił mnie pewien zielnik, powalił w zasadzie, jaśnie cudo drodzy Państwo. Jest na zdjęciu poniżej, do tego można przeczytać podpis.

Tez zbiory to księgi drzewne, o wiele bardziej pokaźna kolekcja do obejrzenia w Sandomierzu. (dzięki wielkie dla Małgorzaty C. za tę informację!)

Kazimierz Dolny

Ale okolice, tam gdzie ludzie się nie plączą- przepiękne. Ehhhh...

I to pewnie to, co urzekło te tłumy w Kazimierzu. O jak się cieszę, że nie trafiłam tu o innej porze roku...

Małopolski Przełom Wisły. Przełom, to miejsce, w którym rzek musi pokonać jakąś przeszkodę, fragment doliny o wąskim dnie i stromych zboczach.

I malownicze, nieczynne kamieniołomy nad brzegiem Wisły.

Wisła i Kazimierz Dolny

A na koniec wąwozy, niestety trafiliśmy do nieszczególnie ciekawego i do tego deszczowego :)

 

Wąwozy, jary, parowy (to trzy różne formacje o dziwo, wikipedia prawdę powie).

wąwozy kazimierz

i tyle. Nie będzie wzniosłych i mądrych spostrzeżeń :)

Może morze może

 

No i taaaak...

Nie jestem morskim stworem. W zasadzie to ja w ogóle nie przepadam za morzem.

Nudzi mnie, a poza tym tam są ludzie i to w ilości hurtowej.

A ... jakby to dyplomatycznie ująć... nie jestem szczególną miłośniczką ludzi jako ogółu.

 

Ale pojawił się pomysł wyruszenia na obóz, potestowania moich zdolności pedagogicznych na starszych dzieciakach. No i jak tu nie jechać? 2 tygodnie w lesie, tuż przy plaży z wielką bandą dzieciaków. No szczyt marzeń.

No to pojechałam. Największym wyzwaniem było dotarcie do autokaru z naszymi bagażami bez użycia samochodu własnego.

Zakończyło się katastrofą czyli spóźnieniem. Ale o tym nie chcę pisać, mówić, myśleć...

kormoran

 

Dobra, do rzeczy, na miejsce- czyli do Sztutowa- dotarliśmy w porze obiadowej. Dopiero tam okazało się kogo będę mieć pod swoją pieczą.

Padło na trzynaście trzynastolatek. Przeraziłam się. Bo co będzie jak nie będą chciały dreptać po lasach, głaskać gąsienic i rozpoznawać roślin?

 

Okazało się, że moje obawy były idiotyczne, to chyba jakiś dar od losu, bo drużynę miałam wspaniałą.

Zgraną, mądrą, przyjacielską, dowcipną. Czego więcej chcieć?

I co najważniejsze- moje odchyły od normy chyba przypadły im do gustu.

 obóz sztutowo, kormorany, ornitologia

Te dwa tygodnie były niezwykłe, bardzo wiele się od moich dziewczyn nauczyłam. I nie tylko od nich, inne drużyny też były świetne. I tu nasuwa mi się pewna refleksja...

Nauczyciele jęczący jaka to ta młodzież okropna zdecydowania powinni skupić się szukaniu belek w swoich oczach. Bo z młodzieżą wszystko jest ok, problem często mają ze sobą nauczający, dla których 'powołanie' jest tylko wyrazem w słowniku, a praca w szkole karą za brak lepszych pomysłów. Jeżeli oni nie szanują dzieciaków, to jakim prawem oczekują szacunku? Nie, nie mówię o wszystkich, trochę wyjątków znam. I to te wyjątki nadają sens tej całej dziurawej edukacji.

Koniec dygresji.

 

Są takie sytuacje w życiu, kiedy dygresje zajmują więcej przestrzeni niż treści główne.

Ale do rzeczy, po to przecież strona przyrodnicza.

To co z tą przyrodą.

Po pierwsze mieszkaliśmy na obrzeżach rezerwatu kormoranów.

 sztutowo, kormorany

Po drugie w borze sosnowym.

W związku z powyższym parę spotkań zoologicznych za nami:

 

Barczatka sosnówka (Dendrolimus pini) - wygląda na to, że przyciągam owady znane jako 'szkodniki drzew leśnych', a może po prostu (i to chyba nieco bardziej logiczne) naturalne jest to, że w lesie spotkamy te zwierzęta, które się tym lasem żywią... hmmm - no w sumie...

Ta gąsienica pożera głównie igły sosnowe, apetyt ma spory.

barczatka sosnówka

 

Brudnica mniszka (Lymantria monacha) - słynie ze swoich gradacji (masowych, cyklicznych pojawów), wcina pączki drzew i zgryza młodą korę. Zdecydowanie jej przysmakiem są sosenki. Najsłynniejsza gradacja miała miejsce na przełomie lat siedemdziesiątym i osiemdziesiątych XX wieku. Wtedy te urocze stworzonka usiłowały pochłonąć 6 mln ha lasu, podczas gdy mieliśmy niewiele więcej. Na tym obszarze była zwalczana, a jakie były rzeczywiste rozmiary gradacji, teraz już chyba nie da się powiedzieć.

 brudnica mniszka, gąsienica, larwa

Strzygonia choinówka (Panolis flammea)- kolejna fanka sosnowych igieł, pączków, kory.

 strzygonia choinówka, gąsienica

Porostnica czterokropka (Lithosia quadra)- całkiem spore, subtelnie ubarwione motylątko, jak sama nazwa wskazuje ma toto kropki, w sumie cztery, na każdym z przednich skrzydeł dwie. I znów jak nazwa wskazuje- zażerają porosty, a czasem nawet gąsienice brudnicy mniszki- tej wyżej nieco.

porostnica czterokropka, gąsienica

Największym powodzeniem cieszył się Zawisak borowiec (Sphinx pinastri), który na naszych oczach był uprzejmy (no prawie) wyjść z kokonu.

 Najpierw siedziało toto wystraszone w namiocie dziewczyn moich, potem się nieco rozochociło, to wyciągało, to chowało trąbkę, rozciągało skrzydełka, rozciągało, rozciągało ... aż frrrrr- odleciało. Złożyło pewnie jaja, które zżerały igły sosny.

Zawisak borowiec

zawisak borowiec

Oj sztutowskie sosny nie mają lekko...

 

I jeszcze Biegacz ogrodowy (Carabus hortensis), który przechodził z rąk do rąk, bo tak niesamowicie łaskotał. Ten biegacz, jak wszystkie chrząszcze z rodziny biegaczowatych to bardzo przydatny zwierz. Drapieżnik, pożeracz wszelkich gąsienic, mszyc i różnych takich nazywanych 'szkodnikami', ale i pająków czy mrówek.

Oczywiście, jak to biegacz, jest prawem chroniony, choć najbardziej pospolity z tym naszych. Ponoć śmierdzi, nasz egzemplarz był uprzejmy nie zapaskudzić naszych łapek. Egzemplarzowi dziękujemy.

 biegacz ogrodowy, carabus

Były też biedronki, tony biedronek, biedronkowy koszmarek. Nad morzem jestem każdego roku, rozumiem, że biedronkowe gradacje to tam norma, ale żeby aż tak?

Były wszędzie. Codziennie można było z namiotu zebrać ponad setkę. Nie uwierzę, że to normalne.

A! I jeszcze było 'druhno wąż, wąż!' - no nie wąż, tylko jaszczurka, ino nóg jej zabrakło.

 

padalec

 

I prześliczna Białoząbka dwubarwnica (Leucodonta bicoloria)- dla odmiany amatorka brzóz.

Białoząbka dwubarwnica, Leucodonta bicoloria

Rusałka ceik (Polygonia c-album) - dorosłe żywią się nektarem, gnijącymi owocami, padliną, odchodami, a młoda żerują ma pokrzywach, chmielu, wiązach, wierzbach.

Rusałka admirał- przyłapany na podkradaniu rozgniecionego banana.

rusałka admirał

 

A teraz przedstawiam bohatera plażowego, czyli Zmieraczka plażowego (Talitrus saltator), zwanego pchłą morską. To skorupiak, nie owad, nazwanie go pchłą może być mylące.

Ten gość chyba oczarował wszystkich swoimi podskokami. Otóż delikwent żyje sobie na plażach, pewnie mało kto z Was miał okazję go zauważyć, bo czai się i kiedy ma święty spokój sprząta- cała plażę. Miło, prawda?

A czemu pchła? Bo skacze! Usiłowałam nagrać podskoki naszego delikwenta, jednak chyba skakał tak szybko, że moja kamerka faktu tego nie zarejestrowała. Za to jak się wystraszy to tyłem zakopuje się w piasku, zupełnie jak mrówkolew.

Gatunek ściśle chroniony.

zmieraczek plażowy, pchła morska

 I jeszcze roślinki, rosły sobie różne takie i inne.

Na przykład Bez koralowy (Sambucus racemosa)

bez koralowy

I Groszek nadmorski (Lathyrus japonicus)

 

groszek nadmorski

I co? I koniec ...

 

 A i cała galeria:

Łoś w łosiu

Nadleśnictwo Chojnów i Chojnowski Park Krajobrazowy. Nieco inny świat,

bo RDLP(Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych) w Warszawie i nagle okazuje się, że nie dość, że w lasach mogą być szlaki turystyczne, a przez rezerwaty mogą przebiegać nawet ścieżki przyrodnicze/dydaktyczne.

Miło, prawda? I tak jest w Łosiu w Łosiu. Rezerwat nazywa się Łoś i znajduje się gdzieś pomiędzy Łosiem a Piskórką (w Łosiu skręcamy w kierunku Piskórki i po prawej stronie zobaczymy tablice informacyjne, że oto znajdujemy się w rezerwacie).

W czasach, w których niepodzielnie rządziła sosna, grądy były uważane rzadkie, teraz wydają mi się rzadkimi nie być, niemniej jednak grądy są różnorodne, ciekawe, a wiosną powalają. Na kolana.

Dno lasu liściastego wiosną, jeszcze zanim pojawią się liście na drzewach, pokrywa się dywanami kwiatów. Najbardziej spektakularnie kwitną Zawilce gajowe i te rośliny są tam najczęstsze.

Zawilec gajowy (Anemone nemorosa L.)

 

Ale można też spotkać dywany zawilców żółtych. Później swój spektakl zaczynają fiołki, szczawiki, poziomki, konwalie i konwalijki, ale wtedy już są liście na drzewach, zatem ich spektakl jest subtelny i ledwie widoczny.

Fiołek Rivina (Viola riviniana Rchb.)

Szczawik zajęczy (Oxalis acetosella L.)

konwalijka dwulistna

Konwalijka dwulistna (Maianthemum bifolium)

Poziomka pospolita (Fragaria vesca L.)

 

Rezerwat utworzono w 1989 roku, zajmuje 11,02 ha i rosną w nim głównie Dęby szypułkowe w połączeniu z brzozą i osiką.

Przez teren rezerwatu przebiega szlak turystyczny, zatem można spacerować do woli.

O ile jest się odpornym na ciągłe bzyczenie i ukąszenia setek komarów.

No właśnie, zaskakująco wysoki poziom wody utrzymuje się w tym grądziku teraz (od miesiąca kawał lasu pod wodą). Co oznacza, że jest niedostępny dla ludzi (nie sądzę by było więcej takich wariatów jak my przechodzących bosą stopą przez butwiejące, rozkładające się runo wraz z ziemią tworzące dość obrzydliwą, kleistą maź).

Ciekawa jestem jak na dłuższą metę zareagują na to dęby. Zwłaszcza, że są pod wodą przynajmniej 2 miesiące. Nie wiem jak to wyglądało w poprzednich latach, a przecież tegoroczna wiosna jest wyjątkowo sucha.

A co poza komarami i błotem? Grąd jak grąd, ale chciałabym go zobaczyć za 100 lat, obawiam się jednak, że mogę tego nie dożyć.

A póki co, jeśli nie wiecie jak wyglądają wiązy - można je tam zobaczyć.

I storczyki, w Łosiu późną wiosną i latem rozkwitają storczyki - podobno.

 

Mapka ze strony Chojnowskiego Parku Krajobrazowego

chojnowski park krajobrazowy mapa

 

Rezerwat przyrody Modrzewina

Rezerwat „Modrzewina” powstał w 1959 roku, czyli dość dawno, rozmiar też ma słuszny, bo jego powierzchnia całkowita wynosi 332,15 ha, z czego ochroną ścisłą objętych jest 39,91 ha.

W rozporządzeniu z roku 1959 cel utworzenia rezerwatu został ujęty w ten sposób:
„Rezerwat tworzy się w celu zachowania ze względów naukowych i dydaktycznych lasu mieszanego na Wysoczyźnie Rawskiej o charakterze pierwotnym z dużym udziałem modrzewia polskiego (Larix polonica Rac.)”
Natomiast w roku 2005:
 „Celem ochrony rezerwatu jest zachowanie ze względów naukowych i dydaktycznych stanowsika modrzewia polskiego (Larix polonica Rac.) na Wysoczyźnie Rawskiej”

Rezerwat „Modrzewina” jest rezerwatem leśnym, typu florystycznego. podtypu krzewów i drzew.

Za osobliwości rezerwatu „Modrzewina” uznane zostały trzy pary zrośniętych dębów z modrzewiami oraz kłoda 300-letniego modrzewia „Wojewody”- kłoda widocznie za osobliwość uznana została dawno, ponieważ w tak zwanym międzyczasie zdążyła się rozłożyć.

Jak będziemy uważnie patrzeć pod nogi o właściwej porze roku, może znaleźć takie oto roślinki:
- Pięciornik drobnokwiatowy ( Potentilla micrantha)
-Wawrzynek wilczełyko (Daphne mezereum)
- Marzanka wonna (Galium odoratum)
- Dzięgiel leśny (Angelica sylvestris)
- Konwalia majowa (Convallaria majalis)

Na szczególną uwagę zasługuje pięciornik drobnokwiatowy, umieszczony w czerwonej księdze roślin, a Modrzewina oznaczona została jako jedyne miejsce występowania tego gatunku. To dopiero powód do dumy!

Najsłynniejszym drzewem w Modrzewinie był  „Wojewoda”- został on podpalony w roku 1945 przez polujących Rosjan (przykład zgubnego wpływu myśliwych na osobliwości flory), miał wtedy lat 350 .
Na uwagę zasługują nie tylko osławione modrzewie, ale także niezwykle piękne stare kasztanowce i dęby.



W głębi lasu panuje niezwykły spokój, w części młodszej jest gwarno, gromady ptaków śpiewają na dziesiątki głosów, tu i ówdzie stukają dzięcioły, natomiast w miarę zbliżania się do części starszej, panuje coraz większa cisza, w jej wnętrzu ptaki milkną, i tylko z rzadka słychać pojedyncze puknięcie dzięcioła, atmosfera jest niezwykła, wręcz baśniowa. Z każdej strony sterczą monumentalne modrzewie, żadne ze zdjęć nie oddaje ich potęgi, po lesie rozrzucone są ponad 30- metrowe martwe drzewa ze sterczącymi konarami. I właśnie dla takich widoków trzeba otaczać opieką takie miejsca, bo są piękne...

Niestety, jak zwykle - ścieżki przyrodniczej brak (na mapie niby jest, ale tylko na mapie), oznaczeń brak, map, promocji brak. Żal trochę, bo miejsce warte uwagi, bo to ogromny i niewykorzystany atut okolicy.